Zaloguj



Licznik odwiedzin

DziśDziś2
WczorajWczoraj889
RazemRazem2048390
Czy grupa Tarnicy i Halicza w 1945 r. mogła znaleźć się poza granicami Polski?
Wpisany przez Mateusz Podkul   

 

Wiedza na temat możliwej przynależności państwowej Tarnicy i okolic po II wojnie światowej nie jest szeroko rozpowszechniona, więc pozwolę sobie po niewielkiej kwerendzie przedstawić całą sytuację, która wyglądała interesująco i zanosiło się na to, że po 1945 r. Tarnicę, Bukowe Berdo, Szeroki Wierch czy Wołosate będziemy podziwiać co najwyżej z Połoniny Caryńskiej jako terytoria za naszą wschodnią granicą. Wówczas najwyższym szczytem polskich Bieszczadów stawałaby się Kruhły Wierch (1297 m n.p.m.) lub Wielka Rawka (1307 m n.p.m.), o ile ta druga nie znalazłaby się po stronie sowieckiej. Tak więc wówczas na terytorium ZSRR znajdowałaby się, obok Bieszczadów Wschodnich, także istotna część Bieszczadów Zachodnich.
Fakt iż tak się nie stało zawdzięczamy znakomitemu geografowi, rodem z Mielca, Stanisławowi Leszczyckiemu (1907-1996), który – jak wspominał – dzięki rozległym studiom na temat powojennej Polski stał się rzeczoznawcą MSZ do spraw granic i jako taki uczestniczył obok prof. W. Goetela i doc. A. Bolewskiego w konferencji w Poczdamie (17 VII 1945–2 VIII 1945), gdzie zetknął się z wielkimi tego świata, a następnie w konferencji moskiewskiej (VIII 1945).

 

Fot. Bogusław Mitan Panorama na Muczne z Bukowego Berda

 

Profesor Leszczycki na obu konferencjach – jako ekspert i doradca – nie był pełnoprawnym uczestnikiem obrad. Jak pisał inny wybitny geograf Piotr Eberhardt, „był jednak dobrze zorientowany i informowany na bieżąco o wydarzeniach nie tylko na sali obrad, ale również w rozmowach kuluarowych. Należy wspomnieć, że Profesor był doskonale przygotowany merytorycznie do roli eksperta (…). Miał wielką wiedzę faktograficzną i potrafił ją słuchaczom syntetycznie i treściwie przedstawić. Omawiając udział S. Leszczyckiego na obu wspomnianych konferencjach, należy wspomnieć o ich nieporównywalności. Konferencja w Poczdamie decydowała o losach powojennej Europy. Brali w niej udział, na zasadzie równości i partnerstwa, reprezentanci zwycięskiej koalicji. Polska delegacja została zaproszona wyłącznie w celach konsultacyjnych. Późniejsza dwustronna konferencja sowiecko-polska w Moskwie miała za zadanie tylko potwierdzenie już ustalonej granicy wschodniej Polski. Rozmowy dotyczyły jedynie szczegółów delimitacyjnych, a delegacja polska była poniżana i traktowana lekceważąco. Trzy wielkie mocarstwa zadecydowały w Teheranie i w Jałcie, że granica wschodnia Polski będzie przebiegała według tzw. linii Curzona. Strona sowiecka uważała, że Polska musi się temu werdyktowi podporządkować, a podpisanie dokumentu jest tylko formalnością. Niemniej rozgraniczenie należało dwustronnie ustalić, a to wymagało pewnych technicznych i topograficznych uzgodnień, dlatego zaproszono do Moskwy polskich delegatów.”

Dalej Eberhardt pisze: „Polska delegacja rządowa przybyła do Moskwy 7 sierpnia 1945 r. Byli w niej przywódcy ówczesnej Polski, a mianowicie: Bierut, Osóbka-Morawski, Mikołajczyk, Modzelewski, Minc, Różański oraz szerokie grono doradców, wśród nich S. Leszczycki. Zespół ekspercki przygotował na konferencję bogatą dokumentację z zakresu demografii, transportu, ekonomii i fizjografii. Opracowano różne warianty granic – od maksymalistycznych po bardziej skromne, dotyczące nawet pojedynczych wsi. Przygotowano materiały świadczące o polskości Lwowa o powiązaniach kulturalnych miasta z Polską na przestrzeni wieków. Stosunkowo szybko zorientowano się, że odzyskanie Lwowa jest postulatem całkowicie nierealnym i kwestii tej nie postawiono na obradach plenarnych. Natomiast wystąpiono z propozycją 10 zmian granicznych (np. o całą Puszczę Białowieską, o Zagłębie Borysławsko-Drohobyckie, o Chyrów, Rawę Ruską itp.). Wszystkie te propozycje strony polskiej Rosjanie stanowczo odrzucili. Nawet w sprawach bardzo drobnych strona sowiecka nie była gotowa na żadne ustępstwa.” (P. Eberhardt, Udział Profesora Stanisława Leszczyckiego w konferencji poczdamskiej i moskiewskiej, „Przegląd Geograficzny”, R.79: 2007, t. 79, z. 3-4) Pozwolę sobie przytoczyć dwie relacje (gdyż nieco różnią się pewnymi detalami) prof. Leszczyckiego na temat ważenia się powojennej przynależności państwowej Tarnicy i okolic oraz panującej w stolicy ZSRR atmosfery:

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska Tarnica

 

1.

W sierpniu 1945 r. powołano mnie i A. Bolewskiego na rzeczoznawców w sprawie delimitacji granicy wschodniej. Z ramienia MSZ przewodniczył nam i służył jako tłumacz inż. Czajka, kierownik Wydziału Radzieckiego w MSZ. Opracowałem liczne poprawki dotyczące przebiegu linii granicznej. Przedstawiłem ich kilkanaście na specjalnym posiedzeniu delegacji polskiej Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Poparł je Mikołajczyk. W rozmowach z Rosjanami początkowe nasze zamiary wytargowania przynajmniej Borysławia oraz całej Puszczy Białowieskiej spełzły na niczym. Może warto zwrócić uwagę na dwa punkty tych rozmów. W północnej części granicy staraliśmy się o uzyskanie wyjścia z Elbląga przez Zalew Wiślany na morze. Odpowiedziano nam, że zawsze możemy korzystać w okresie pokoju z wyjścia z Zalewu k. Piławy, podczas wojny zaś przejście to będzie zamknięte. Natomiast sukcesem zakończyło się moje twarde stanowisko w sprawie przebiegu linii granicznej na południu. Utrzymywałem, że granica ma przebiegać nurtem Sanu aż do jego źródeł. Delegacja radziecka złożona z generałów pracujących w Sztabie Wojsk Radzieckich była zaskoczona moim żądaniem, nie spodziewali się, że ich propozycja prowadzenia granicy w tej części Karpat linią prostą (najkrótszą) aż do ustalonej już granicy ukraińsko-słowackiej nie zostanie przyjęta przez stronę polską. Naczelnik Czajka był mocno niezadowolony z mojego uporu, doc. A. Bolewski nie zabierał głosu. Zaskoczeni generałowie zaproponowali nam, że może wolimy rozmawiać z Ukraińcami, którzy lepiej znają zagadnienia lokalne od nich. Po pewnej wymianie zdań Rosjanie przerwali rozmowy mówiąc, że muszą otrzymać w Sztabie radzieckim nowe instrukcje. Odstawili nas do hotelu o 3 rano. Kiedy znów nas wezwali w nocy i oświadczyli, że przyjmują stanowisko delegacji polskiej, byłem szczęśliwy. To stanowisko zwiększyło obszar Bieszczadów Polskich o 320 km2.” (S. Leszczycki, Życie na przełomie 1907-1990, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”, R. 36:1991, z. 3).

 

Fot. Ryszard Kuś Krzmień

 

2.

„Dopiero w środę 15 sierpnia wezwano nas w nocy o godz. 0.30 na spotkanie z rzeczoznawcami sowieckimi w sprawie ustalenia linii granicznej i zawieziono do Sztabu Armii Czerwonej na konferencję. Strona sowiecka składała się z trzech generałów: Niestrienowa, Kudriacowa i Czumakowa, i naczelnika Wydziału Polskiego w radzieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych – A. Abramowa. Oni to właśnie z nami prowadzili rozmowy. Stronę polską reprezentowali: Przewodniczący – inż. Czajka – naczelnik Wydziału Radzieckiego w MSZ i nas dwóch rzeczoznawców: A. Bolewski i ja. Zaczęli rozmowę generałowie radzieccy, pokazując nam mapę w skali 1:1 500 000, z naniesionymi naszymi granicami „powojennymi”, tak granicą wschodnią, jak i zachodnią, mapę opatrzoną na wschodzie pieczątkami radziecką i PKWN. Ku naszemu zdumieniu mapa ta, prezentująca obie nasze nowe granice, była podpisana przez W. M. Mołotowa i Edwarda Osóbkę-Morawskiego już dnia 27 lipca 1944 r.!!! (a więc przed Poczdamem). Mogliśmy dokładnie przyjrzeć się tej mapie. Okazało się, że strona radziecka nie dostała przesłanego jej 13 sierpnia zestawienia naszych postulatów granicznych, ani naszych map w skali 1:300 000. (Później nasze pismo i mapy znalazły się w teczce inż. Czajki, który widać uznał, że nie warto już wysuwać żadnych postulatów!). Następnie generałowie przedstawili nam mapę w skali 1:500 000, z wykreśloną już nową granicą. Spodziewali się, że my ją podpiszemy jako linię graniczną uzgodnioną przez obie strony i gotową do ostatecznego jej zatwierdzenia przez obie delegacje rządowe. Przejrzeliśmy przebieg granicy na tej mapie. Oznaczaliśmy na niej brakujące miejscowości po stronie polskiej, a zaledwie 1/3 z nich była podana na ich mapie, i stwierdziliśmy, że przebieg granicy nie jest zgodny z jej przebiegiem na mapie podpisanej przez Mołotowa i Osóbkę-Morawskiego, a to w płd. części Suwalszczyzny, w Białowieży, k. Rawy Ruskiej, Wielkich Oczu, Krakowca, Soliny. Wszędzie granica została przesunięta na naszą niekorzyść. Zażądaliśmy korekt. Wreszcie doszliśmy do odcinka południowego granicy. I tu okazało się, że linia graniczna ciągniona wzdłuż Sanu urywa się koło Smolnika. Na moje pytanie, co to znaczy, sowieci stwierdzili, że proponują, aby linię tę pociągnąć jak najkrócej na południe, od Smolnika do szczytu Wielka Rawka (1307 m n.p.m.), tak, aby doszła prostą linią do obecnej granicy słowacko-ukraińskiej. Zamierzali uzyskać jasną, krótką granicę na tym zawiłym, skomplikowanym, górskim, zalesionym terenie. Tym samym znów przesunąć granicę na swoją korzyść. Powiedziałem, że granicy z takimi uchybieniami podpisać nie możemy. Natomiast, o ile chodzi o jej ostateczny południowy odcinek, to żądamy przesunięcia granicy aż do źródeł Sanu - jak zapamiętałem jej przebieg na mapie podpisanej przez Mołotowa i Osóbkę Morawskiego. Uparłem się. Może w skali państwa te drobne poprawki nie są ważne, ale postanowiłem o nie walczyć. Protestowałem, mimo nacisku na mnie ze strony radzieckiej, a także ze strony inż. Czajki, który koniecznie chciał sprawę szybko załatwić. Sytuacja stała się napięta, przykra. Generałowie w pewnym momencie oświadczyli, że mogą poprosić przedstawicieli Ukrainy, oni lepiej znają teren. Wreszcie, wobec mojego uporu, sowieci zerwali rozmowy i stwierdzili, że muszą sprawę omówić w swoim sztabie. Przecież byli pewni, że z miejsca sprawę załatwią. Odesłano nas do hotelu. Jak się czułem, można sobie wyobrazić. Sytuacja stała się trudna: był już 15 sierpnia, a na 16. było zapowiedziane oficjalne podpisanie naszej granicy wschodniej przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej i stronę radziecką. Zaproponowałem prześledzenie południowego odcinka granicy na szczegółowych mapach 1:300 000. Propozycję tę strona radziecka odrzuciła. Stronie radzieckiej jednak także zależało na podpisaniu granicy, aby pozbyć się upomnień państw sojuszniczych i położyć kres wciąż ponawianym pretensjom kół rządu londyńskiego. I tak, o godz. 14.30 wezwano nas trzech znowu do sztabu. Delegację radziecką wzmocnił jeszcze jeden generał. Znowu mapa 1:500 000 i na niej naniesiona granica. Większość poprzednio postulowanych przeze mnie przesunięć na wschód linii granicznej – przyjęto! Np. Medyka została po naszej stronie [w rzeczywistości Medyka wróciła do Polski dopiero w 1948 r. – przyp. M. Podkul]. Na postulat w sprawie wolnego przepływu z Zalewu Wiślanego przez cieśninę k. Piławy odpowiedziano nam, że w czasie pokoju zawsze możemy z niego korzystać, natomiast w wypadku wojny cieśnina zostanie zamknięta, ponieważ Piława jest ważnym punktem strategicznym. Doszliśmy do południowego odcinka. Byłem „gotów do walki”. Tymczasem generałowie orzekli, że miałem rację, ze granica ma biec nurtem Sanu aż do jego źródeł (koło przełęczy Użockiej) i dalej przedwojenną granicą polsko-czechosłowacką na zachód, aż po Krzemieniec koło Wielkiej Rawki. Taką granicę musieliśmy uznać za uzgodnioną”. (S. Leszczycki, Ważyły się losy Bieszczadów (według moich ówczesnych notatek), „Miesięcznik Ziem Górskich”, 3, 1-2 (17-18), s. 12-13, Kraków 1992). Z tego cytatu wynika, że dzięki odwadze, konsekwencji i uporowi profesora udało się wywalczyć dla Polski część Bieszczad o powierzchni ok. 300 km2. Strona sowiecka proponowała przeprowadzenie granicy od wsi Smolnik nad Sanem po linii prostej do Dużej Rawki. Dzięki S. Leszczyckiemu w granicach Polski znalazły się Ustrzyki Górne oraz całe pasmo górskie z Tarnicą i Haliczem po południowej stronie Sanu, aż po wieś Sianki.
Warto zatem wędrując na Tarnicę czy do źródeł Sanu pamiętać o Tym, komu zawdzięczamy taką możliwość bez posiadania paszportu. Warto również się zastanowić, czy w Bieszczadach nazwisko prof. Stanisława Leszczyckiego nie powinno być upamiętnione w jakiś szczególny sposób – niekoniecznie musi to być od razu np. „przełęcz Leszczyckiego” między np. Rozsypańcem a Haliczem – analogicznie do „przełęczy Orłowicza” czy rzadko używanej przełęczy Krygowskiego”, niemniej trochę wstyd iż zasługi tej osoby są zupełnie nieznane w kontekście Bieszczadów.

(Mateusz Podkul)

 

Fot. Beata Kalitan Granica na Sanie w pobliżu Tarnawy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

..............

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

..............

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

............

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...............

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

..........