Zaloguj



Licznik odwiedzin

DziśDziś315
WczorajWczoraj446
RazemRazem2153848
Orelec
Wpisany przez Lucyna Beata Pściuk   

 

Orelec to spora wioska położona w dolinie pomiędzy masywem Żukowa,  Michałowcem i Rubeniem. Miejscowość a jak to u nas bywa otoczona jest lasem. Graniczy z Bóbrką, Myczkowcami i Uhercami Mineralnymi co tutejsi kwaterodawcy skrzętnie podkreślają twierdząc, że z Orelca jest blisko do tzw. Soliny. Soliny rozumianej jako okolice Jeziora Solińskiego, tego naszego podkarpackiego turystycznego El-Dorado.  Miejscowość turystycznie dynamicznie rozwija się, powstają tu nowe atrakcje, szlaki, a przede wszystkim miejsca noclegowe. Najbardziej znana jest "Magija" uchodząca za jeden z najfajniejszych bieszczadzkich pensjonatów. Na szczególną uwagę należy podkreślić położenie i dostępność komunikacyjną Orelca, znajduje się on na trasie jednej z najbardziej znanych dróg zwanej małą obwodnicą, kilka kilometrów od stacji kolejowej w Uhercach Mineralnych. Jeszcze tu kursują autobusy, w wakacje bez większych problemów można dostać się w rejon Bieszczadów Wysokich, na szlaki wiodące przez bieszczadzkie połoniny. Warto jeszcze wspomnieć, że wsi są stawy rybne na których można wędkować. Hodują pstrągi i karpie.

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska Panorama na Orelec z Kozińca

 

Miejscowość jest silna siłą swoich mieszkańców. To tu mieszka i tworzy Janusz Demkowicz właściciel "Magiji", bieszczadzkich drezyn rowerowych i szkoły rzemiosła w Uhercach Mineralnych. Jednocześnie jest muzykiem w zespole "Tołhaje". Następny znany w światku bieszczadzkiej turystyki jest przewodnik beskidzki Stanisław Orłowski, autor wielu publikacji krajoznawczych i przewodników. Warto wspomnieć i o Ewelinie Wyderko tworzącej regionalną biżuterię, coraz bardziej znane krywulki. Są one wykonane z drobnych koralików i obecnie mają formę naszyjnika, bransoletki czy męskiego krawata. Przez pewien okres czasu w Orelcu mieszkał kreowany na bieszczadzką gwiazdę Jędrek Wasilewski "Połonina" - jeden z tzw. zakapiorów. Do niedawna zakapiorzy i Jędrek budzili zainteresowanie turystów, obecnie ten śmiem to powiedzieć produkt turystyczny przechodzi w zapomnienie. Coby nie powiedzieć Połonina jako artysta i charyzmatyczny człowiek o bujnym, pijackim życiorysie zapisał się w historii regionu. Jego prace można obejrzeć w kościele w Średniej Wsi i w Rabem oraz w wielu prywatnych galeriach.

 

Fot. Własność "Magii"

 

Nazwa miejscowości oznacza miejsce gniazdowania orłów. Taka informacja zawarta jest w prawie wszystkich publikacjach jakie znam. Ciekawie na ten temat pisze Adam Fastnacht w bez mała kultowej książce "Osadnictwo ziemi sanockiej w latach 1340-1650": "Zmiany stanu fauny uzależnione były również od osadnictwa i działalności człowieka . Kurczenie się szaty leśnej, myślistwo i rybołówstwo powodowały zmniejszenie się stanu liczebnego, a nawet wyginiecie niektórych gatunków w stanie dzikim. Dawny świat zwierzęcy, z którym stykał się człowiek tworzący nowe osady, znalazł niejednokrotnie wyraz w nazwach, takich jak Żubracze, Turzańsk i może Turzepole, Wołkowyja, Wydrne, Wydrna, Bóbrka, Boberka, Orelec, Sokole, Rybne. "

 

Fot. Marek Jurek

 

Pod względem przyrodniczym teren jest interesujący aczkolwiek leży tylko w Wschodniobeskidzkim Obszarze Chronionego Krajobrazu. Otacza go sieć Natura 2000, po drugiej stronie pasma Żukowa mamy obszar specjalnej ochrony ptaków "Góry Słonne", obszar specjalnej ochrony siedlisk "Góry Słonne", a od północy specjalny obszar ochrony siedlisk "Dorzecze Górnego Sanu", który zaczyna się od zapory w Myczkowcach i mostu na Olszance w Uhercach. Po Żuków sięga także Park Krajobrazowy Gór Słonnych. W pobliżu jest także godny polecenia, udostępniony turystycznie rezerwat "Koziniec" i rezerwat "Bobry w Uhercach". Na obszarze przyległym do Orelca jest wychodnia skalna będąca pomnikiem przyrody nieożywionej. Kolejny pomnik przyrody zdobywający w internecie spore grono fanów to "Wodospad w Uhercach Mineralnych" położony kilka kilometrów od Orelca. Nieopodal wsi jest samowypływowe źródło ropy naftowej będące znaną geoatrakcją. Znajduje się na terenie stadniny koni huculskich, tuż obok granicy Orelca. To kraina ssaków i ptaków puszczańskich, w okolicy można spotkać wiele ciekawych gatunków. Do legendy przechodzą tutejsze niedźwiedzie, niewiele osób je widziało, ale wszyscy o nich mówią. Rzeczywiście zdarza się, że po Żukowie wędrują niedźwiedzie ale straszenie nimi turystów to lekka przesada. Nie dziwię się w sumie jeźdźcom, konie łatwo można spłoszyć i być może rajdy po Żukowie nie są zbyt bezpieczne, ale turyści piesi mogą wędrować bez obaw. Oczywiście, profilaktyka jest wskazana i należy po prostu unikać ostoi i wędrować w grupie głośno zachowując się. Z ciekawostek przyrodniczych warto także wymienić stanowisko olchy zielonej obok szkółki.

 

Fot.

 

 

Kiedy Orelec powstał tego do końca nie wiadomo. Lokowany na prawie wołoskim w dobrach sobiańskich Kmitów został  wzmiankowany po raz pierwszy w 1580 r. nie posiadał jeszcze jak pisze Fastnacht jeszcze  folwarku. W 1589 r. obrabiano tu 10 łanów ziemi, był młyn i prawdopodobnie cerkiew. Późniejszy okres, szczególnie w XVII w. był bardzo nisepokojny, najazdy i prywatne wojny spustoszyły Ziemię Sanocką. to w tym czasie  część mieszkańców Orelca uciekła przed obowiązkami wynikającymi z pańszczyzny.  Zrobił to m.in. karczmarz, który został "wykotowany" (wykradziony za opłatą ze wsi) na drugą stronę łuku Karpat, gdzie warunki gospodarowania były lepsze, a obciążenia wynikające z tzw. pańszczyzny, czyli renty odrobkowej mniejsze. Tragiczny w skutkach okazał się najazd tatarski w 1672 r, Bieszczady zostały spustoszone, ludzie wymordowani albo wzięci w jasyr.

 

Fot.

 

 

W Orelcu mieszkała i tworzyła Celina Dominikowska z Treterów - znana pisarka malarka, gorliwa patriotka i zbieraczka narodowych pamiątek historycznych. To ona przygotowała nabożeństwo żałobne - gest poparcia dla Powstania Styczniowego. Tak o tym pisze Marian Hubert Terlecki w książeczce "Udział Podkarpacia w powstaniu styczniowym": "Nabożeństwa odbywały się nie tylko w większych miastach Podkarpacia, jak Krosno czy Sanok ale organizowane były także w małych miejscowościach. Nabożeństwo żałobne zorganizowane zostało z inicjatywy C. Dominikowskiej w kościele parafialnym w okolicach Orelca; autorka nie wymieniła nazwy parafii. W związku z tym nabożeństwem wykonano w Orelcu duży krzyż dębowy  z koroną cierniową, który w asyście kwaterujących w Orelcu powstańców przewieziono do kościoła parafialnego. Krzyż ustawiono koło ołtarza, a przy nim trumnę z kosą, pałaszem i rogatywką. W czasie nabożeństwa miał przemówić ksiądz, ale miejscowy kanonik "blakł i żółkł z panicznego strachu na widok nie ulegalizowanej przez rząd manifestacji. Kiedy zbliżała się godzina rozpoczęcia ksiądz znowu znalazł wymówkę oświadczając tajemniczo, że burzą się chłopi i trzeba schować krzyż, kosę i pałasz. Po kilku rozmowach ksiądz się uspokoił. Przyjechali też księża z okolic. Nabożeństwo odbyło się z udziałem około stu osób, a zakończyło odśpiewaniem pieśni i wystąpieniem księdza Głodkiewicza, którego treść "zarówno obywateli jak i wieśniaków do płaczu rozczuliła."

Celina Dominikowska była znaną kolekcjonerką "dóbr narodowych", szczególnie pamiątek po powstaniu styczniowym. Wydała także "Pieśni powstańcze z 1863 r z muzyką zebrane i ułożone." W dworze powstaniec-pułkownik Edmund Śląski, który zbierał tu ochotników do walki o niepodległość.

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

Tak o wsią piszą w "Słowniku Królestwa Polskiego": "Orelec, wieś w powiecie liskim w zwartej dolinie potoku wpadającego na obszarze wsi Uherce z lewego brzegu do Olszanicy. Otoczona od północy Polowanką (491 mt), od wschodu Stefkową górą (511 mt), od południa Rubeniem (464 mt). Wzios. wsi przeciętej kilkoma strumykami górskimi, wynosi w pobliżu kapliczki św. Anny prawie w środku wsi 397 mt. Orelec ma 421 mieszkańców, z których 27 na obszarze więk. posp. i należy do parafii rzym i grek. w Uhercach. Do kościoła rzym. kat. należy 160, a do grek. kat. 261 mieszkańców. Pos. więk. Apol. Jaworskiego ma 246 morgów roli, 45 morgów łąk, 46 morgów pastwisk, 173 morgów lasu; pos. mn. 417 morgów roli, 37 morgów łąk i 140 morgów pastwisk. Orelec graniczy na zachód z Uhercami, na północ ze Stefkową, na południe z Myczkowcami i Bóbrką,  a na wschód z lasami pokrywającymi pasmo górskie zwane Żukowem."

 

Fot.

 

 

W okresie międzywojennym Orelec był miejscowością wielowyznaniową, wieloetniczną. Część starszych mieszkańców wyznania grekokatolickiego określała się jako Rusini, część młodszych jako Ukraińcy. W 1921 r. w czasie pierwszego spisu ludności w naszym kraju wykazał, iż w Orelcu jest 85  domów zamieszkałych przez 436 mieszkańców (236 grek., 179 rzym., 11 mojżeszowych). Ten spis jest niespodzianką, tak o tym pisze historyk zajmujący się stosunkami narodowościowymi na terenie powiatu przemyskiego  Grzegorz Piotr "Co ciekawe w Orelcu wg spisu 1921 r. było więcej Ukraińców niż grekokatolików. Była to nietypowa sytuacja dla całej Galicji Wsch. Czyli świadczyłoby to o tym, że nawet rz-kat czuli się Ukraińcami.". Mimo to działało tu dość silnie Stowarzyszenie Szlachty Zagrodowej. W okolicy panowała bieda, część przedsiębiorczych osób wyjechało za chlebem za granice. Przede wszystkim do USA. Niektórzy wzbogaceni powrócili do wsi i stawiali nowe, kilkuizbowe domy. W 1922 r. Józef Monaster wykupił tutejszy dwór. We wsi powstaje nowa szkoła drewniana.

 

Fot. Grzegorz Piotr.

 

Warunki życia w okresie międzywojennym były ciężkie, ludność była niedożywiona, warunki higieniczne były fatalne,panowała duża śmiertelność. Przez region przechodziły epidemie, po I wojnie św. obfite żniwo zebrała grypa, która nie jeden raz powróciła w późniejszych latach szerząc śmierć. Były epidemie tyfusu plamistego, odry, duru brzusznego, szkarlatyny. Tak o tym pisał w 1932 r. dziennikarz w "Wiadomościach Turystycznych": "Obecnie, kiedy ustało, ludność głoduje formalnie. A głód już odbija się na młodym pokoleniu... Dzieci skrofuliczne, niedokarmione, blade, o wielkich głowach, wzdętych brzuchach i pałękowatych nogach - ledwo owinięte w jakieś szmaty. Młodzież w Lesku w wielu 18-20 lat skarlała, niedorozwinięta, tępa. Gruźlica szaleje, gdzie nie gdzie mówią o szkorbucie. Ten stan musi bezwarunkowo ustać. Ze względu na elementarne uczucia, jak i ze względów, o których nie czujemy się powołani pisać, a które są bardzo przejrzyste..."

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

Okres II wojny św. i okres powojenny zapisał się tragicznie w dziejach wsi. Najpierw okupacja sowiecka (granica pomiędzy Generalną Gubernią, a ZSRR przebiegała na pobliskim Sanie), a potem niemiecka. Sowieci aresztowali polską inteligencję i wywieźli ich na Syberię. Osoby podające się za Ukraińców były faworyzowane, powołano tu pierwszą ukraińską szkołę z językiem wykładowym rosyjskim. Hitlerowcy także prowadzili politykę rządź i dziel. 11 czerwca 1942 r. Żydzi z Orelca, Bóbrki, Myczkowiec, Rudenki, Stefkowej, Uherzec Mineralnych zostali przez Niemców i policję ukraińską zwiezieni do Olszanicy, do zmroku byli przytrzymywani obok budynku gminy, a potem wraz z olszanickimi Żydami,  po zmroku zostali zamordowani przez Leo Homeniuka i Johana Backera strzałem w tył głowy. W zbiorowej mogile za wiaduktem pochowano ponad 130 osób. Końcówka wojny w dziejach Orelca zapisała się tragicznie. 15 września Niemcy ostrzelali samoloty sowieckie, w odwecie wieś została ostrzelana z broni maszynowej i zrzucono bomby. Część zabudowań spłonęła. Później lepsze domostwa zostały spalone przez sowieckich żołnierzy jako domy tzw. kułaków.

 

Fot.

 

 

Po II wojnie św. zaczął się koszmar. Spis ludności w 1945 r. wykazał iż we wsi mieszka 497 osób, narodowości polskiej było 119 dorosłych, 60 dzieci, a ukraińskiej czy też rusińskiej 318 osób (179 dorosłych i 139 dzieci). Większość żyła w rodzinach mieszanych. U nas zgodnie z konkordią dziedziczyło się wiarę po rodzicach, w małżeństwach mieszanych synowie dziedziczyli obrządek po ojcu, a córki po matce. Część z nich wytypowano do wysiedleń w ramach tzw. dobrowolnego porozumienia o wymianie ludności zawartego pomiędzy ZSRR, a rządem PKWN. Wysiedlenia nie miały charakteru narodowościowego lecz religijny, ochrzczeni w obrządku wschodnim i małżeństwa mieszane, które zawarły związek małżeński w cerkwi byli traktowani jako Ukraińcy.  11 września 1944 r. żołnierze rozpoczęli wydawać deklaracje przesiedleńcze, ludność je odrzucała, zaczął się terror, opornych więziono i bito. Tych co zgodzili się prześladowała UPA. 27 września doszło do próby pacyfikacji Bezmiechowej, wojsko polskie dopuściło się rabunków, 4 osoby zginęły. 28 podobna sytuacja powtórzyła się w Glinnem, Jankowcach, Uhercach, Olszanicy ale na szczęście nie było mordów. Na wieść o tym co dzieje się mieszkańcy Bóbrki, Orelca i Stefkowej uciekli z dobytkiem do lasu. W lutym 1946 r we wsi przez wojsko została zwołany wiec, wytypowani mieszkańcy stwierdzili iż nie wyjadą. I dotrzymali słowa, kilka razy udało im się uciec z konwoju.

 

Fot.

 

 

W regionie zapanowało piekło. Tak sytuację w Bieszczadach określił dowódca 34 Pułku Budziszyńskiego stacjonującego w Baligrodzie Gerhard. Ten, który później napisał znane "Łuny w Bieszczadach". Oto dwa dowody na owo twierdzenie.

Fragment książki Andrzeja Potockiego "Przystanek Bieszczady bez litości":
"[...] Z listu starosty powiatowego w Lesku Tadeusza Pawłusiewicza do Wojewody Rzeszowskiego z 2 stycznia 1946 roku dotyczącego dowódcy 36 pułku 8 dywizji Wojska Polskiego, pułkownika Nikołaja Kiryluka, wyłania się obraz krwawego watażki, którego zapewne NKWD z premedytacją zainstalowało w polskim wojsku . Oto fragmenty tego pisma, opatrzonego klauzulą tajne:
"W związku ze stacjonującym w tutejszym powiecie 36 pułkiem 8 dywizji, na czele którego stoi dowódca Kiryluk, relacjonuje następująco: Od 15 września 1945 r. rozpoczął wyżej wymieniony Pułkownik akcję oczyszczająca z band banderowskich, w rezultacie której band tych nie pomniejszono z tego powodu, że bandy grupowały się po lasach, do których wojsko wcale nie dochodziło. Spalono tylko kilka gromad ukraińskich, za które banderowcy spalili polskie wsie i wymordowali kilkanaście osób polskich. Wysiedlenie ludności ukraińskiej za pomocą wyżej wymienionego pułku nie dało również prawie żadnych rezultatów. Miały jedynie miejsce cale szeregi grabieży inwentarza, ubrań i sprzętu od ludności, która nie chcąc wyjeżdżać na Wschód opuszczała wioski i kryła się do lasu. Grabiono nawet przy tym ludność polską, która przebywała w domach. (...)
Ob. Kiryluk rozkazuje swoim podwładnym przyprowadzać sobie na kwaterę przymusowo dziewczęta miejscowe, celem rozpusty. Aresztowane kobiety każe sobie przyprowadzać na kwaterę (niby celem przesłuchania), a zmusza je pod groźbą pistoletu do spółkowania ze sobą. Ob. Kiryluk w dzień targowy na rynku robi masowe łapanki na ludzi, aresztuje ich pod pretekstem banderowców, rozbija tym sposobem targi, trzyma ich w więzieniu, a następnie zwalnia za okupem. Ostatnio pobrał 25.000 zł z gromady Postołów. Okazuje się też, że więzi ludzi niewinnych . Podpalił osobiście ostatnio gospodarstwo w gromadzie Glinne, z którego uciekał przed nim jakiś człowiek. Okazało się, ze również niewinny, a poczytał go sobie Pułkownik za banderowca i dlatego zniszczył jego warsztat pracy. Posłańcowi z gromady Uherce, który był wysłany konno przez gminnego referenta świadczeń rzeczowych w sprawie ściągnięcia kontyngentu siana z gromady Orelec, zabrano konia na drodze poczytując go za łącznika banderowców. Aresztowano również trzech gospodarzy z Paszowej , wiozących na zlecenie starostwa drzewo opałowe dla tutejszego Urzędu. Gospodarzy tych uwięziono w Sztabie Pułku, a następni biją się już jechać, wobec czego
wszelkie dalsze świadczenia ustają. (...)
Ostatnio w czasie spalenia gromady Mchawa w gminie Baligród - za zabicie dwóch żołnierzy polskich przez banderowców - spalono 40 gospodarstw ukraińskich. Ale za co spalono przy tym 14 gospodarstw polskich i zabito pięciu Polaków, skoro Polacy byli zupełnie niewinni i stale przez banderowców prześladowani? Ludzi więzionych przez Pułkownika, o których wyżej nadmieniono, Pułkownik karze biciem tak, że wynoszono jednego z nich nieprzytomnego... (...) Wszystkie wyżej przytoczone fakty wywołują wielkie rozgoryczenie wśród ogółu, podkopują autorytet Wojska Polskiego, stwarzają nieufność ludzi do Wojska i nienawiść, budują reakcję i mnożą bandy. Padają dzielni, niewinni i zasłużeni żołnierze polscy, którzy przeszli walkę ze straszliwym najeźdźcą germańskim, bo bandy nie tylko po lasach mszczą się na nich za czyny Pułkownika, robiąc zasadzki po drogach...(...). Gromada Wołkowyja stanowi ośrodek w 90 procentach polski. Ludność przerażona ostatnimi wypadkami jest bez żadnego zabezpieczenia. Ogarnia ją panika przed bandami. Zamierza uciekać, a bandy jej nie wypuszczają grożąc śmiercią. Zamierzają ją trzymać jako zakładników na wypadek wysiedlenia ludności ukraińskiej z sąsiednich gromad. (...) Wysiedlenie tutejszej ludności ukraińskiej jest bardzo wskazane i konieczne, ale bez odpowiedniej siły ku temu niewykonalne, a to z powodu przeważających band, które należy najsampierw i można by przy użyciu paru tysięcy wojska zlikwidować. (...)

Po podpisaniu niniejszego aktu zgłosił się do tutejszego Starostwa Sołtys gromady Nowosiółki Stanisław Leicht, Polak, zw swoją kilkunastoletnią córką, z następującym zażaleniem na Pułkownika Kiryluka. Do domu wyżej wymienionych wpadł Pułkownik z rewolwerem w ręku i zaczął gwałcić jego córkę. Dziewczyna broniąc się została uderzona przez napastnika rewolwerem w głowę. Wyrwawszy się mu jednak z rąk, wybiegła na podwórze. gdzie ją dopędził i dalej włóczył po dziedzińcu. Wyrwawszy się powtórnie zdołała uciec. Następnie Pułkownik wrócił z powrotem do mieszkania i zrabował Sołtysowi 1300 zł. W drugim wypadku dzwonił znowuż z Baligrodu do tutejszego Starostwa w dniu dzisiejszym lekarz Kuźmak o ratowanie jego córki, którą porwał Pułkownik Kiryluk z jego domu w kierunku Leska. W trzecim wypadku doszło teraz do wiadomości tutejszego Starostwa, że przed paru dniami Pułkownik przywiózł jakąś panią z Rymanowa, którą gwałcąc u siebie pokąsał ją do uszkodzenia ciała."

Fot.

 

 

Wspomnienie mieszkańca Orelca zawarte w kilku książkach. Nie znam źródła, powołam się na przewodnik Jacka Polakiewicza"Przewodnik rowerowy Olszanica i okolice na tydzień" traktując ów wpis jako promocję dobrej książki: "I wówczas zamiast wolności zaczął się straszliwy terror - wspomina jeden ze świadków. Powszechne poczucie strachu o życie wprowadziło kilkunastu młodych chłopców narodowości rusińskiej z Orelca, którzy wstąpili do UPA i poczuli się "Ukraińcami". Mając ciche wsparcie przybyłych za frontem ze wschodu "szowinistów" ukraińskich, opanowali wieś i zaczęli w niej rządzić nocami. Wszyscy się ich bali, bowiem mogła im przyjść z pomocą sotnia UPA, sformowana za lasem w pobliskiej Stefkowej, która już przed wojną uchodziła za wieś ukraińską. We wsi zbudowali sobie dwa bunkry pod domami mieszkalnymi, położonymi w pobliżu jarów, aby łatwo można było wejść do nich i uciec do lasu w razie obławy wojska. W dzień siedzieli w bunkrach, a gdy się ściemniło uzbrojeni chodzili po wsi i bili Polaków, aby zmusić ich do opuszczenia swoich gospodarstw. Nocą chodzili od domu do domu, ustalali kontyngent dla siebie, zabierali lepsze buty i odzież, pieniądze, pożywienie i wprowadzili obowiązek mówienia po ukraińsku. Postanowili też pozbyć się dworu , aby przypadkiem Polacy nie utworzyli w nim posterunku milicji. W sierpniu 1945 roku przepędzili mieszkających tam ludzi nie mających dachu nad głową i podpalili dwór. Po jego ocalałych po pożarze piwnicach nadal koczowali ludzie, bo nie mieli gdzie się udać. Tylko część z nich przyjęli do swoich domów inni gospodarze. 31 X 1945 roku ich koledzy z sotni w Stefkowej, powiesili koło spalonego dworu Antoniego Makowiaka, który po powrocie z frontu przeszedł na obrządek katolicki, wyrażając dezaprobatę wobec terroru we wsi. Strach ogarnął wszystkich mieszkańców, bez względu na narodowość."

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

Następny etap wysiedleń to tzw. akcja "Wisła", którą tak naprawdę rozpoczęto w styczniu 1947 r. od opracowania listy przesiedleńców. Wysiedlono ludność wyznania grekokatolickiego, prawosławnego, rodziny mieszane, które zawarły związek małżeński w cerkwi, osoby, które przeszły z wyznania greckokatolickiego na rzymskokatolickie, uważające się za Polaków, oraz część ludności rzymskokatolickiej, którą podejrzewano o wrogość do nowej władzy i o pomoc dla podziemia ukraińskiego. Wysiedlenia przebiegały często brutalnie, część żołnierzy jednak usiłowała pomagać, szczególnie dzieciom i kobietom. Jak wyglądały takie akcje pisze Władysław Basak w godnej polecenia książce "Rzecz o majorze Antonim Żubrydzie...": "Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami wojsko,  w celu zapobieżenia ucieczkom ludności, otaczało szczelnym pierścieniem miejscowość przeznaczoną do wysiedlenia, a następnie o świcie zbierano mieszkańców w centrum wsi i nakazywano jej opuszczenie. Akcje przeprowadzano brutalnie i bezwzględnie, z reguły pozostawiając mieszkańcom na spakowanie około 2 godzin, a niekiedy tylko 20 minut. W związku z tym ludność często nie mogła zabrać ze sobą najpotrzebniejszych rzeczy. Do tego dochodził dotkliwy brak środków transportu - wóz konny przypadał na 2-3 rodziny i zdarzało się, że wysiedleńcy musieli nieść swój dobytek na plecach, a wojsko ograniczało jego ilość do 25 kg na osobę. Ludność formowano w kolumnę i prowadzono pod eskortą żołnierzy do pułkowego punktu zbornego. Operacji często towarzyszyło palenie zabudowań, masowe areszty i znęcanie się nad rodzinami członków podziemia. W rejonie działań każdego  każdego pułku organizowano 1-2 punkty zborne. Był to przeważnie kawałek gminnego pastwiska otoczony drutem kolczastym i silnie strzeżony przez wojsko. Stopniowo punkty zborne przybierały charakter obozów przejściowych mieszczących po kilka tysięcy osób wraz z inwentarzem żywym przetrzymywani byli przez wiele dni. Opracowywano tu dokładne spisy wysiedlonych rodzin i przewożonego mienia oraz przeprowadzano selekcję ludności mającej wyłonić "elementy wrogie i niepewne". Następnie Ukraińcy byli kierowani grupami do kolejnych punktów załadowczych." Ludność określana jako Polacy pozostała na terenie Bieszczadów, ale często nie mogła wrócić do swoich rodzinnych wsi i gospodarstw. Z Orelca wysiedlono 394 osoby, które udały się do gminy Czaplinek.

 

Fot.

 


Najcenniejszym zabytkiem Orelca jest dawna cerkiew - obecnie kościół  p.w. św. Anny . Kiedy powstała tego do końca nie wiemy. Być może w 1759 r. , a może rok później. Do końca też nie wiadomo gdzie. Czy jak wiejska opowieść głosi w Uhercach Mineralnych czy w Orelcu? Czy była najpierw kościołem, a potem cerkwią tego także nie wiadomo.  Jest to zniekształcona w czasie remontu perełka architektury drewnianej. Na szczęście została uratowana przed rozbiórką, w latach 60. XX w. trafiła  do wykazu zabytków przygotowanego dla Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki - Zarządu Gospodarstw Turystycznych, częściowo już rozebrana miała zostać przekształcona na schron turystyczny. Na szczęście o świątynie ubiegali się miejscowi i dzięki zbiegom biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka została przekazana do kultu. Była pierwszą z bieszczadzkiej listy przeznaczonych do adaptacji, która została przekazaną na rzecz kościoła rzymskokatolickiego,  działo się to w 1969 r.   Wraz z dzwonnicą i  parcelą oddano ją parafii w Uhercach Mineralnych. Da lata później ta sama parafia otrzymała dawne cerkwie w Zwierzyniu i Rudence.  Jak większość świątyń na naszym terenie  jest konstrukcji zrębowej, orientowana, dwudzielna. Nad każdą częścią oddzielny, dwuspadowy dach. Jest oszalowana pionowymi deskami, w czasie remontu w 1985 r. za pomocą pił motorowych ścięto soboty, czyli okalający cały budynek daszek. Taki zabieg ma bardzo zły wpływ na drewniane zabytki, soboty chronią fundamenty przed deszczem i zalegającą koło fundamentów wodą i wpływają korzystnie  na cyrkulację powietrza. Wnętrze nie zachowało się. Także zostało zniekształcone w czasie wspomnianego remontu. Od 2009 r. stoi pusta. Obecnie jest remontowana. Obok świątyni stoi dzwonnica konstrukcji słupowej, która pełniła także funkcję gminnego spichlerza.


Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

Orelec słynie ze szkółki leśnej prowadzonej przez Nadleśnictwo Ustrzyki Dolne. Tutejsze sadzonki uchodzą za bardzo dobre jakościowo i tanie. Najbardziej znane są sadzonki kłokoczki południowej. Swego czasu były sprzedawane także  w ośrodku "Caritas" w Myczkowcach, w  Ogrodzie Biblijnym. Cieszyły się sporym powodzeniem i bez mała stały się przekleństwem kierowców autokarów oprowadzanych przeze mnie grup. Goście lubili kupować sobie na pamiątkę i na prezenty tę mało znany w kraju krzew, cena była niska więc wiele roślinek trafiało do autobusów i zapychało bagażniki. Polecam też krzew, jest ładny i ciekawy. Tak o nim piszą w broszurze wydanej przez Nadleśnictwo Ustrzyki Dolne.  Kłokoczka południowa" Ewa Sudoł, Ryszard Paszkiewicz, Roman Jurek, Maciej Skowroński: "Kłokoczka południowa jest niezmiernie ciekawą rośliną na trwałe wpisaną w europejską kulturę i wierzenia. To ciepłolubny krzew objęty ochroną prawną, prawie nieznany mający u nas północną granicę występowania. Kłokoczka występuje u nas w regionie, są to przeważnie stanowiska antropogenne, czyli została wprowadzona do lasu przez człowieka. Poza Górami Sanocko-Turczańskimi (w Bieszczadach nie występuje) można ją spotkać w okolicy Przemyśla, Jasła, Brzozowa. To typowa roślina pogórzańska preferująca ciepłe stanowiska bogate w węglan wapna. Można ją spotkać na obrzeżach lasu, w osłoniętych dolinach, na ciepłych skarpach, przy kapliczkach i w miejscach dawnych kultów. Ładnie kwitnie, ale jej największą ozdobą są torebki nasienne zawierające bardzo twarde nasiona. To one są podmiotem zainteresowania ludzi. Kłokoczka południowa jest rozmnażana w szkółkach, na naszym terenie produkuje się sadzonki w Orelcu i w arboretum w Bolestraszycach. Kłokoczka południowa uchodzi za roślinę magiczną mającą swój udział w pogańskich kultach m.in. Słowian, Celtów. Można ją spotkać na grobach i kurhanach, na terenie dawnych grodzisk. Ma działanie magiczne, chroni przed złymi mocami, demonami, wampirami. Krzew został "wchłonięty przez chrześcijaństwo", z jego nasion wytwarza się słynne różańce. Jedyne różańce, które nie święci się. Z jej drewna wytwarzano posążki,a listki wkładano w palmy wielkanocne. Kłokoczka miała też znaczenie praktyczne, z roślin produkowano olej.

 

Fot. Adam Droń Kłokoczka południowa

 

Z tyłu wilczych wybiegów umocowano na wysokich stojakach niewielkie klateczki. Mają one zamiast podłogi siatkowy ruszt, pod który wsuwa się metalową kuwetę. W klatce umieszcza się na wiele dni uprzednio przegłodzonego wilka. Pozbawione ruchu zwierzę, zamienione w maszynę do trawienia, karmi się ściśle określonymi porcjami pożywienia, a wszelkie odchody szczegółowo analizuje. Eksperymenty te, zwane „badaniem metabolizmu”, mają dawać zdaniem zespołu doc. Bobka pogląd na zapotrzebowanie pokarmowe wilków w warunkach naturalnych (sic!). Po zakończonych badaniach wilk powraca na wybieg i czasami długo nie dostaje żadnego pożywienia. W pomieszczeniach gospodarczych sąsiadujących z wybiegami, gdzie m.in. znajduje się skup dziczyzny, nie ma zamrażarki, w której można by przechowywać mięso dla podopiecznych. Z tych przyczyn dokarmianie wilków odbywa się oględnie mówiąc, okazjonalnie. Jeśli do skupu trafi ustrzelony jeleń, jego wnętrzności oddaje się wilkom. Gdy we wsi padnie krowa lub koń, drapieżniki napycha się jak najszybciej padliną, by uniknąć zepsucia się mięsa. Od czasu do czasu z pobliskiej rzeźni przywozi się ciężarówkę odpadów i postępuje się analogicznie. Z tych przyczyn wilki w Orelcu nie odznaczają się jakąś wyjątkową witalnością. Kilka z nich padło, prawdopodobnie na robaczycę. Trudno to obecnie ustalić, bo dokumentacja weterynaryjna jest w porządku. Ze zrozumiałych powodów weterynarze jakoś nie kwapią się do wchodzenia do wilczych wolier i przeprowadzania szczegółowych badań. Wolą podpisać papiery i uniknąć niebezpiecznego w ich mniemaniu spotkania.
Przebywające wciąż w Orelcu wilki zainspirowały naszego docenta do rozpoczęcia „programu badawczego”, który kontynuowany jest do dzisiaj. Od kilku osób słyszeliśmy, że zdarzało się, iż opiekujący się wilkami w Orelcu człowiek, nie mogąc patrzeć na te eksperymenty, dokarmiał zwierzęta konserwami. Sami widzieliśmy pod koniec stycznia tego roku, podczas rekordowych mrozów, walające się po wybiegach puste puszki, a wygłodniałe wilki wyraźnie oczekiwały od nas czegokolwiek do jedzenia
Tak więc głód na codzień towarzyszy tym zwierzętom. „I może nie byłaby to sytuacja jakoś szczególnie wyjątkowa, bo jak pisze w swojej książce „Of wolves and men” Barry Holstun Lopez – amerykański badacz życia wilków, „„wilki w naturze zawsze są mniej lub bardziej głodne” gdyby nie fakt, że podawany za badaczami rosyjskimi przez tego autora rekordowo długi okres jaki drapieżniki wytrzymują bez jedzenia wynosi siedemnaście dni, a członkowie zespołu docenta Bobka mówią z dumą o stwierdzonych przez siebie trzydziestu dniach!!! Konsekwencje metody badawczej w tym wypadku narzucają się same."

 

Fot.

 

 

Przez Orelec poprowadzono sieć szlaków spacerowych. Tak o nich piszą Maria i Stanisław Orłowscy w przewodniku "Myczkowce  i okolice Przewodnik po trasach pieszych ekomuzeum "W krainie bobrów" i otoczeniu Jeziora Myczkowieckiego":

"- "żółty" szlak spacerowy łączący centrum wsi z drewnianym kościółkiem, widokowymi Wierchami, leśnym gospodarstwem szkółkarskim, pomnikiem przyrody "Kamień w Orelcu", pomnikiem przyrody "Skałki Myczkowieckie", Ośrodkiem "Caritas", Zwierzyniem, Uhercami, Rudenką, Olszanicą i pasmem Żukowa.

"zielona" ścieżka przyrodnicza pozwala dojść z górnej części wsi pasmem Żukowa do jej końca, a następnie do pomnika przyrody "Kamienia w Orelcu", Myczkowiec i miejsca widokowego nad kamieniołomem w Bóbrce.

"niebieski" łącznikowy szlak spacerowy  ułatwia zejście z "żółtego" szlaku spacerowego w paśmie Żukowa do dolnej części wsi i wejście polną drogą gminną na widokowe Wierchy w okolicy "Kamienia w Orelcu", skąd roztacza się malownicza panorama na Park Krajobrazowy Gór Słonnych z szybowiskiem w Bezmiechowej."

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska Rezerwat "Bobry w Uhercach"

 

Przez Orelec przebiega gminny szlak rowerowy "Wokół Żukowa" o długości 30 km, sumie podjazdów 383 m i czasie przejazdu prawie dwie godziny. Ma on kształt pętli i biegnie z Uherzec do Uherzec przez Orelec, Bóbrkę, Łobozew, Ustianową Dolną, Stefkową, Olszanicę. To trasa o charakterze krajoznawczym, dzięki niej można zobaczyć jedną z najstarszych cerkwi w Bieszczadach w Orelcu, piękną panoramę na zaporę w Solinie, pałac wraz parkiem dworskim w Olszanicy i barokowy kościół w Uhercach Mineralnych. To trasa specyficzna  dużej mierze wiodąca ruchliwymi drogami na których tak naprawdę nie ma miejsca dla rowerzysty. W sezonie letnim, gdy jest wzmożony ruch nie polecam. Jest po prostu zbyt niebezpieczna.

 

Fot. "Gazeta Bieszczadzka" Galeria "Potoki" w Bóbrce

 

Polecamy

Rezerwat Koziniec

http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=224&Itemid=231

Solina i Jezioro Solińskie http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=53&Itemid=291

Bóbrka http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=116&Itemid=146

Myczkowce http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=200&Itemid=207

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska Panorama z Kozińca na Bóbrkę i granicę Orelca

 

Polecam nasze usługi

Oferta

http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=3&Itemid=27

Olszanica i okolice

http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=278&Itemid=344

 

Fot. Piotr Kozicki Dzwonnica parawanowa w Olszanicy

 

Współpracujące z nami obiekty noclegowe w bliskiej okolicy Orelca, to nie reklama ale polecenie

 

Gospodarstwo agroturystyczne "Czar PGR-u" w Wańkowej

 

Schronisko "Zielony Cień" w Rudence

https://www.facebook.com/zielonycien/timeline

 

Fot. Stanisław Orłowski Pensjonat-bacówka "Nikosowe sery Czar PGRu" w Wańkowej

 

Opracowanie Lucyna Beata Pściuk nr tel. 502 320 069

Polecam nasze usługi przewodnickie - cena  od 250 zł netto, od 350 brutto  faktura VAT. Programy wycieczki przygotowuję indywidualnie dla każdej grupy dostosowując je do możliwości finansowych i zainteresowań grupy. Proszę o kontakt telefoniczny Lucyna Beata Pściuk przewodnik górski i turystyczny, pilot wycieczek nr tel. 607 452 809 lub  502 320 069 Bieszczady i okolice oferują dla grup zorganizowanych multum atrakcji, wśród nich są: wycieczki górskie, wycieczki po ścieżkach dydaktycznych, spacery po górskich dolinach, miejscach cennych przyrodniczo, wycieczki rowerowe, spływy kajakowe  i na pontonach, jazda konna pod okiem instruktora, bryczki, wozy traperskie, prelekcje, pokazy filmów przyrodniczych, diaporam,  warsztaty przyrodnicze, warsztaty kulturowe, warsztaty fotografii przyrodniczej,  wizyty w wielu ciekawych miejscach np. hangary na szybowisku w Bezmiechowej, bacówkach z serami Bacówka Nikosa 661 461 306 lub 663 66 95 04 , zagroda edukacyjna "Serowy Raj" w Bukowcu https://www.facebook.com/DomkiGoralskieBukowiec/ , sery można zamówić telefonicznie 697 761 807 zwiedzanie muzeów,  galerii, cerkwi i dawnych cerkwi,  ruin, "zaliczanie" punktów widokowych, nawiedzanie sanktuariów, izby pamięci prymasa Wyszyńskiego, spacer po udostępnionych turystycznie rezerwatach, rejsy statkiem  po Jeziorze Solińskim np. statek Bryza nr tel. 721 08 08 08 , żaglowanie po Jeziorze Solińskim, spotkania z naukowcami, ludźmi kultury, artystami itd. np. przy ognisku,  itp. Koszt obiadu to w przypadku grup młodzieżowych jest od 15 zł do 25 zł. W tym roku mamy bardzo rozwiniętą ofertę edukacyjną na którą składają się warsztaty i prelekcje: kulturowe, przyrodnicze, związane ze starymi rzemiosłami, fotografii przyrodniczej

 

Fot. Mariusz Strusiewicz Rak szlachetny

 

 

 

.